Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głód alkoholowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głód alkoholowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 października 2012

O tym, jak ciężko nieraz wytrzymać z samym sobą

Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem. 



Mam straszny mętlik w głowie. Ciężko mi się myśli, a jak już zaczynam, to od razu tego żałuję. Ostatnie dni były dla mnie bardzo ciężkie. Jak zwykle w takich przypadkach, zbiegło się w czasie kilka okoliczności, które zaowocowały zdenerwowaniem, a póki co, nie nauczyłem się jeszcze radzić sobie ze stresem. Od dwóch tygodni, może trzech (tak bardzo straciłem rachubę czasu, że mam wrażenie jakby to był miesiąc albo jeszcze więcej) muszę radzić sobie bez grupy. O tym, jak jest to trudne, przekonuję się każdego dnia. Zacząłem wprawdzie chodzić na terapię indywidualną, ale pierwsze spotkanie z nowym terapeutą było jakąś beznadziejną porażką. W kilku słowach nakreśliłem moją sytuację. Widząc mnie pierwszy raz, po zaledwie kilku minutach, powiedział mi o mnie rzeczy, których przez tyle lat nie potrafiłem dostrzec. Najważniejsze było to, że żyję w świecie nakazów i zakazów, że robię to, czego inni ode mnie wymagają, i że czemu w takim razie skoro terapeuta mówi mi, że mam chodzić na grupę nie stosuję się do jego zaleceń. Krótko i na temat. Zalecił mi uczęszczanie przynajmniej raz w tygodniu na spotkania indywidualne oraz udział w mityngach. 

Po okresie euforii nie został nawet ślad dobrego samopoczucia. W dodatku kilkanaście dni temu byłem u psychiatry; podjęliśmy decyzję o zaprzestaniu przyjmowania fluoksetyny. Jej poziom w organizmie miał się jeszcze przez pewien czas utrzymywać bez ryzyka pojawienia się objawów odstawienia leku. Ostrzegła mnie jednak, że po około dwóch tygodniach może nastąpić pogorszenie samopoczucia. Nie wiem, czy to co odczuwam można nazwać „pogorszeniem”. Mam wrażenie, że wszystko wokół mnie zaczęło się walić. Jestem wściekły pozornie bez powodu, mam ewidentne głody alkoholowe. Tydzień temu, gdy po raz pierwszy poczułem ciężar spraw, z którymi coraz trudniej jest mi sobie poradzić, gdy zaczęła ogarniać mnie bezsilna złość pomyślałem, że nawet nie mogę się napić, a tak bardzo chciałbym zagłuszyć wewnętrzny krzyk. Nie mogę jak normalny człowiek wrócić do domu i napić się wódki, znieczulić się. Czułem się do tego stopnia bezsilny, że chciało mi się płakać. Kolejne dni przyniosły mi gorzką refleksję na temat mojego stanu psychicznego. Zdałem sobie sprawę jak jestem chory, że to, co odbierałem jako wyswobodzenie się z nałogu było jedynie chemią. Euforia odczuwana około trzeciego miesiąca abstynencji była ułudą, mirażem i halucynacją. Cieszyłem się, że tak konstruktywnie wykorzystałem ten czas, wiem, że nie poszło to na marne; rozpocząłem starania zmierzające do zaciągnięcia kredytu i kupna nowego mieszkania dla mojej rodziny. Sprawy z tym cholernym kredytem nadal się ciągną, a ja boję się odbierać maile i telefony od pani z banku. Niech to już wszystko skończy się wreszcie, chcę rozpocząć wreszcie najbliższe trzydzieści lat spłacania długu. W tym wszystkim jest jednak jakaś metoda, jeśli bowiem bardziej zaangażuję się w program trzeźwienia, będę może wiedział co mnie czeka w najbliższym czasie. W końcu przede mną były całe armie alkoholików starających się wytrwać w niepiciu. Mój autorski program trzeźwienia okazał się jedną wielką bzdurą, majaczeniem. Kłótnie z innymi, bardziej „doświadczonymi” uczestnikami grupy potwierdziły tylko jak bardzo się myliłem i jak wiele pracy przede mną. Żal mi przede wszystkim żony i córki – mimowolnie stają się uczestnikami mojej choroby. Moje napady złości, bierna agresja i napady gniewu na pewno bardzo je ranią. Zamiast pomagać żonie krzywdzę ją. Ulegam zmiennym emocjom; raz jestem podekscytowany, pełen zapału, kiedy indziej ogarnia mnie rozpacz i wściekłość, ból rozdzierający mnie od środka tak silny, że mam ochotę znowu bić głową o ścianę. Tydzień temu, o zgrozo, podczas karmienia córeczki doznałem napadu tak strasznego, że jedynie tnąc się powstrzymałem dalszą furię. Ból ostudził nieco moje szaleństwo. Po wszystkim zszyłem rękę. Mam tylko nadzieję, że B. nie widziała tego, a przynajmniej nie jak do tego doszło. 

Ostatnio bardzo dużo pracuję, obwiniam o to wszystkich naokoło, taki ze mnie skurwiel. Nienawidzę siebie za to, jak się zachowuję, nienawidzę siebie za uleganie tym cholernym emocjom. Muszę bardziej uważać na wszystko co robię. Dziś byłem na mityngu, bardzo tego potrzebowałem. Mam nadzieję, że mi to pomoże przetrwać do następnego razu. Zacznę chyba powtarzanie 12 kroków, bo inaczej boję się, że pozostanie mi już tylko zwrócenie się do „siły wyższej”, a bardzo bym tego nie chciał. Straciłbym wtedy szacunek do siebie.

poniedziałek, 10 września 2012

Pat



Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem. 

Dzień miał być pracowity, ale bez napięć, a wygląda na to, że klamka zapadła i zrezygnuję z grupy. Już wcześniej wiedziałem, że ciężko mi będzie dostosować się do systematycznego przychodzenia na zajęcia. Mam wiele równie ważnych rzeczy co grupa, a przecież uczęszczanie na terapię grupową nie jest jedynym warunkiem trzeźwienia. Dziś z resztą byłem tylko pół godziny na spotkaniu, a to z powodu wizyty u dentysty, której w żaden sposób nie mogłem przesunąć, z kilku względów, ale nie będę się wdawał w niepotrzebne szczegóły. Powiedziałem o tym pani A., powiedziałem o tym wszystkim. Padły argumenty jednej i drugiej strony, i nic z tego nie wyniknęło; pat. Zrobiło się nawet trochę nieprzyjemnie, przeholowałem chyba pytając, czy gdybym stracił wszystko i grupa byłaby jedynym moim wybawieniem, czy wtedy byłoby dobrze? Wiem, że ci, którzy nie opuszczają spotkań mogli poczuć się urażeni. Z resztą nie chodzi tak naprawdę o systematykę, niektórzy opuszczają częściej grupę, a gdy im się to zdarzy to przepraszają i robią z siebie ofiary losu. To co powiedziałem musiało zostać powiedziane, słowa musiały zostać wypowiedziane, aby ich moc została uwolniona. Wierzę, że słowa jak zaklęcia mają magiczne działanie i że niektóre z nich mają wielką moc sprawczą. Podjąłem decyzję, w najbliższy czwartek przyjdę ostatni raz na spotkanie grupy. Będzie mi jej na pewno brakowało, ale są jeszcze mityngi, jest terapia indywidualna, a co do grupy, to chyba nie uda mi się tak podporządkować czasu, żebym przez półtora roku mógł każde poniedziałkowe i czwartkowe popołudnie zarezerwować na spotkania trzeźwiejących alkoholików. 

A tak na zakończenie, choć nie rozpoczyna się zdania od „A”, nigdy chyba nie polubię kiboli – to co się dzieje na Muranowie to czyste szaleństwo; tematykę graffiti niemal całkowicie zdominowała wojna miłośników spółgłoski „L” z fanatykami litery „P”. Nie można oczywiście niektórym z tych debili odmówić pomysłowości w zamalowywaniu bohomazów konkurencji, niektóre kompozycje ścienne mogłyby powalczyć z abstrakcjami Kandinskiego, jednak smutno się robi na myśl, że ta okolica nigdy nie będzie elegancka z tej prostej przyczyny, że trawiący niektóry małolatów horror vacui zmusza swoje ofiary do wandalizmu w najgorszym wydaniu. 


 


 

sobota, 1 września 2012

O szczęściu i szynce

Tydzień temu czułem narastające rozdrażnienie. Czułem nawet złość, która jednak minęła po kilku dniach.

Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem. 

Już przez to moje uczucia i emocje zmieniają się dosyć szybko. Po złości nie zostało nawet śladu. Tydzień minął bardzo spokojnie. Wydarzył się wprawdzie nieprzyjemny incydent, jednak nie miał specjalnego wpływu na moje emocje. Nawet jeśli, to po za żalem i zawodem nie czułem nic wobec niesolidnego banku, w którym kilka lat temu brałem kredyt. Właściwie to brałem ten kredyt wespół z bratem. Gdy osiągnął wymaganą przez bank zdolność kredytową bank wykreślił mnie z listy dłużników, jednak nie zaktualizował danych w BIKu, co teraz, po czterech latach nadal figuruje jako moje zobowiązanie i uniemożliwia mi zaciągnięcie kredytu na własny dom. Co ciekawe, nie złoszczę się, nie popadam w przygnębienie. Jestem bardzo spokojny i wierzę, że z pomocą G., który jest naszym niezawodnym doradcą finansowym, wszystko się wyjaśni. Mam tylko żal, że z powodu czyjejś niechlujności, przedłużają się procedury i ciągle nie mogę poczuć się wreszcie dumnym posiadaczem nowego mieszkania. Gdy uda mi się sfinalizować wszystkie formalności, zlikwiduję konto w tym beznadziejnym mBanku. Banda amatorów i nierobów. Nie poprzestanę tylko na tym, ale na razie potrzebuję spokoju.

Spokój otacza mnie niewidzialnym szalem, osłania mnie jak nieprzemakalny płaszcz. Ostatnie dni sprawiły, że zacząłem myśleć o czymś bardzo ważnym – o moim szczęściu. Mam wrażenie, że zawsze chciałem być szczęśliwy, myślałem o szczęściu, jednak nie udawało mi się go doświadczyć. Zdarzały się wesołe i przyjemne chwile, ale czy czułem się naprawdę szczęśliwy, tego nie mogę powiedzieć. Może byłem szczęśliwy, ale tego już nie pamiętam. Wiem za to, że zawsze byłem spragniony uczucia szczęścia. Miałem żonę, przyjaciół, podróżowałem, doświadczałem przyjemności, kochałem i oddawałem się namiętnościom, ale czy czułem się w tym szczęśliwy? Tego nie wiem.

Dziś czuję, że szczęście, za którym tak długo wypatrywałem oczy wreszcie do mnie przyszło. To wyjątkowe uczucie nie jest łatwe do opisania, ale chcąc uchwycić jego istotę w najprostszy sposób, można powiedzieć, że mam wrażenie, że jestem we właściwym miejscu. Widok żony i córki napełnia mnie poczuciem bezpieczeństwa, daje odwagę i siłę. Wiem jak do tego doszło i wiem co mam robić. Co ważniejsze, nie tylko znam swoje obowiązki, ale wykonywanie ich sprawia mi radość. Wiem co chcę dalej robić i mam plan, może nie do końca idealny, ale realistyczny. Nie mam już myśli samobójczych, moje życie nie jest mi już obojętne. To, co się stanie jutro, ma dla mnie bardzo duże znaczenie. 

Dziś miał miejsce pierwszy poważny test mojej woli, a przede wszystkim zdolności radzenia sobie z głodem alkoholowym. Byliśmy na weselu znajomych. Od kilku tygodni co jakiś czas myślałem o tym dniu, nie balem się go, ale nie wiedziałem, co mnie spotka. Jak się łatwo domyśleć, goście siedzący przy stołach chętnie raczyli się winem i wódką. Nie znałem zbyt wielu osób na przyjęciu i może to był właśnie powód, dla którego nikt nie zaproponował mi wódki, a może widzieli, że zajmuję się małym dzieckiem i nikomu nawet przez głowę nie przeszło, aby mnie częstować. Ważne, że ani przez chwilę nie zapragnąłem napić się, a wszelkie możliwe chęci na spróbowanie rozwiązałem w dosyć zabawny sposób. Nie wiem, czy wspominałem o tym, że oboje z D. nie jemy mięsa. Wegetarianizm pojawił się u nas w domu w dniu, w którym jego progi przekroczyła D. Chętnie przyłączyłem się do jej klubu i chwalę sobie bardzo tę decyzję. Mała B. nie ma za bardzo wyboru w sprawie mięsa. 


 
No więc pomyślałem, że jeśli miąłbym się złamać, jeśli miałbym zakosztować zakazanego owocu, to niech nim będzie właśnie mięso – wędlina, albo jakaś fajna kiełbasa. Dzięki temu, przez chwilę nawet nie zainteresowałem się gołdą. Mam nadzieję, że obecność alkoholu nie zaszkodziła mi, był to bowiem pierwszy raz, kiedy od momentu zaprzestania picia byłem na imprezie. Do tej pory skutecznie unikałem niepotrzebnego ryzyka, teraz okazało się, że potrafię wytrzymać bez picia. I to całkiem zacne uczucie.

Aha, zapomniałem napisać, że jednak zostałem niewzruszony, nie zjadłem żadnej szynki, kiełbasy, ani kotleta i cieszy mnie to bardzo. Miałem też ochotę zapalić, ale się powstrzymałem. To dobrze, że mam takie bezpieczniki, które uaktywniają się w chwili, gdy pojawia się ryzyko z wiązane z wódką.

 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Złość i ziewanie

Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem. 

Znowu odczuwam złość. Wczoraj rozpoczął się kolejny, ostatni tydzień sierpnia. Pogoda daje odczuć, że lato ma się ku końcowi, choć mam nadzieję, że wrzesień będzie ciepły i słoneczny. Wczoraj rano wstałem z okropnym bólem głowy, który po południu miał się jeszcze nasilić. Zanim wyszedłem do pracy sumiennie wypełniłem swoje poranne obowiązki tak, aby móc o sobie dobrze myśleć przez następnych kilka godzin. Przyznaję, że chyba więcej w tym egoizmu, niż potrzeby czynienia dobrze. „Jestem wzorem ojca i męża. Zasługuję na szacunek” albo z grubszej rury: „Ja swoją część zrobiłem”. Nie wiem, czy aby nie jestem dla siebie zbyt surowy, czy rzeczywiście postępuję tak z wyrachowania, a nie z potrzeby pełnego uczestniczenia w misterium dnia codziennego. Wszak cementuje to nasz związek i rzeczywiście, odczuwam radość, jeśli sprawię, że D. będzie miała mniej sprzątania, dłużej pośpi itd. Skąd zatem surowe oceny wobec siebie.

To na pewno przez tą złość. Kilka rzeczy mogło na to wpłynąć: zmniejszona dawka fluoksetyny, zapisanej przez psychiatrę, oczekiwanie na decyzję w sprawie kredytu i poczucie, że nieco zawiodłem z terminem oddania pewnego projektu. Spowoduje to przesunięcie realizacji, a jak wpłynie na całość przedsięwzięcia, w którym uczestniczę? Nie bardzo wiem. Brzmi to dość enigmatycznie, ale całość sprowadza się do tego, że obiecałem coś zrobić i się spóźniłem. Pociąga to wyrzuty sumienia, uczucie, że zawiodłem pokładane we mnie oczekiwania. Nie cierpię tego stanu, czuję się wtedy bezsilny. Próbuje wszystkim, a w szczególności sobie udowadniać, że wszystko mogę, że na wszystkim się znam i wszystko wiem. Ciągła rywalizacja, wyścig z całym światem, mecz – Ja kontra reszta ludzkości. Czemu akurat mnie to musiało spotkać, tak bardzo chciałbym się nad sobą po użalać. Zwykle w takich sytuacjach pomagała mi gorzała. Dlatego teraz rosnące we mnie napięcie, które prowadzi do wybuchów złości musi znaleźć inny kanał ujścia. Topienie w wódzie napięcia nie wiele dało. Wiem, jak wspaniałym jest być trzeźwym, ale przez ostatni tydzień mam mały spadek formy. 

Spać mi się chce, nie mam czasu na spisywanie swoich wynurzeń w ciągu dnia, a przed północą oczy same mi się zamykają. Chciałbym popracować trochę nad umiejętnościami zapewnienia wsparcia najbliższym. Chciałbym więcej zapewnić D., mam na myśli w szczególności bezpieczeństwo, pewność siebie, chciałbym, aby myślała, że niezależnie od tego, co się wydarzy – może na mnie polegać… zasypiam. Czas sprawdzić kupony totolotka i iść spać. Jutro też jest dzień, jak mawiała Scarlet. 



 


 

sobota, 25 sierpnia 2012

Szlachetne zdrowie


Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem.

Dziś sobota. Obudziłem się z całych sił nie chcąc się obudzić. Miałem ochotę jeszcze trochę pospać, ale jak już człowiek wszedł po szyję w rolę dobrze zapowiadającego się trzeźwiejącego alkoholika i w dodatku męża i ojca, to ciężko jest porzucić ten sztandar. Przewijanie uśmiechniętego od ucha do ucha, gotowego do codziennych psot dziecka, potem śniadanko, kawa i codzienna porcja fluoksetyny dla mnie i jajecznica dla dwojga. Potem jeszcze chwilę próbowałem pospać. Nie udało się, mimo, że miałem zamknięte oczy nie udało mi się w pełni ukryć mojej obecności. Dalej już było z górki: prysznic i wyprawa z córeczką na Biobazar. Po drodze minąłem olbrzymią reklamę, w którą zapakowano budynek na rogu Solidarności i Żelaznej. Niby pogodna, kolorowa szmata pośrodku szarego, smutnego skrzyżowania. Nie lubię wielkoformatowych reklam szpecących moje rodzinne miasto. Wręcz ich nie cierpię. Tym razem, choć problem ten ani trochę mi nie zobojętniał, udało mi się nie złościć. Poczułem smutek. Podobno urzędnicy z ratusza coraz sprawniej zaczynają walczyć z tym draństwem. Po chwili, z satysfakcją pomyślałem, że w geście protestu nie kupię nic od Ralpha Laurena.

Po zakupach zabawa, obiad, układanie B. do poobiedniej drzemki, przewijanie dziecka po leżakowaniu i spacer. Obeszliśmy razem pół Muranowa. W promieniu kilkuset metrów wokół stadionu Polonii można było natknąć się na patrole policji, podwórka zaś zdominowali wytatuowani młodzieńcy w sportowych strojach, którzy racząc się piwem trwali w oczekiwaniu na mecz swojej ukochanej drużyny. Nic nie poczułem na widok żłopanego przez nich piwska, nic. Za to z olbrzymią chęcią skierowałem się do cukierni Grycan, gdzie kupiłem blisko kilogramowy kawałek sernika krakowskiego. Muszę przyznać, że zawsze byłem łasuchem, ale od kiedy nie piję, jeszcze chętniej pochłaniam całe tabliczki czekolady, a litrowe opakowanie lodów zjadam na raz. 

Widok kibiców przypomniał mi pewne zdarzenie sprzed paru lat. Byłem u kolegi na popijawie z okazji jego urodzin. Nieodmiennie dzień ten wypadał zawsze w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Gdy czas już był wracać do swoich domów, wsiadłem z dwoma kolegami do autobusu nocnego by dotrzeć w okolice Dworca Centralnego. Ja wprawdzie byłem już usatysfakcjonowany ilością wypitego alkoholu, ale oni potrzebowali jeszcze co najmniej kilku piw. Bez trudu odnaleźliśmy całodobowy bar na dworcu i zamówiliśmy piwo. Tu nadmienić muszę, że jeden z moich kolegów, którego będę tytułował R., był i pewnie nadal jest wiernym kibicem Polonii i gdy sobie wypije lubi dać temu wyraz ogłaszając publicznie, że w Warszawie tylko Polonia. Kilka stolików od nas siedziało towarzystwo nieco liczniejsze on naszej trójki. Słysząc słowo na „P” zadeklarowali swoją przynależność do Teddy Boys – najzagorzalszych kibiców Legii. R., mimo, że miał już mocno w czubie, jakby trochę się speszył, a ja z drugim kolegą, którego od pierwszej litery nazwiska nazwijmy Ś., staraliśmy się jakoś obrócić to niefortunne wystąpienie w żart. Wyglądało na to, że jakoś nam odpuścili, szczególnie, że chętnie przystaliśmy na propozycję dorzucenia się na ich piwo. Jednak gdy wychodziliśmy rzucili się za nami. Padło kilka ciosów, dość niecelnych, zapewne z powodu dużego stężenia etanolu w atmosferze. Uchyliłem się przed sierpowym wymierzonym w moją stronę, kolejne nie padły. Nagle, jak z podziemi wyrośli dwaj policjanci uzbrojeni w długie pały. Widać, że strasznie chcieli nam przypierdolić, nie boję się użyć tego słowa. Jeden z nich aż trząsł się w podnieceniu pomieszanym z nienawiścią do całego świata. Zaczął jeszcze na nas bluzgać obiecując, że urządzi nam zaraz zagładę domu Usherów. Zdobywając się na wyżyny moich umiejętności dyplomatycznych wyjaśniłem, że nic się przecież nie stało i że mamy zamiar grzecznie udać się spać. Policjant dyszał przez chwilę, wycedził przez zęby, że mamy sobie iść, choć czasownik którego użył oznaczał coś innego. Byliśmy wolni i w dodatku uszliśmy cało. R. oczywiście usłyszał od nas kilka niemiłych słów.

Nie był to jedyny raz, kiedy przy okazji konsumpcji napojów wyskokowych uczestniczyłem w dosyć nieprzyjemnym zdarzeniu. Za każdym razem udawało mi się wyjść z tego bez szwanku. No, może za wyjątkiem pożałowania godnego incydentu na Nowym Świecie, gdy wraz z K. – moją pierwszą żoną i wspomnianym poprzednio Ś. opijaliśmy moje urodziny. Incydent ów miał być jedynie próbą wzięcia mnie przez Ś. na barana. Po przejściu dwóch kroków Ś. potknął się, a ja w przyśpieszonym tempie odtworzyłem pełen szacunku ukłon, w którym Jan Paweł II całował płytę lotniska odwiedzanego kraju. Byłem tak pijany, że dopiero po chwili, gdy podniosłem się z ziemi znalazłem swój nos. Był gdzieś na policzku, jakby starał się powąchać jak pachnie moje ucho. Niezdanym, ale skutecznym ruchem umieściłem swój narząd węchu we właściwym miejscu. Czy muszę mówić, jak zła była na mnie K? Nie czuła odrobiny współczucia, choć byłem zalany w pełnym tego słowa znaczeniu, w dodatku własną krwią. Jeszcze gorszym okazało się dzień później badanie stanu mojego nosa na ostrym dyżurze. Nie dość, że miałem strasznego kaca, to jeszcze badanie polegające na wpychaniu paluchów do mojego pogruchotanego kinola.


Podsumowując, mam wrażenie, że wszystkie nieprzyjemne zdarzenia w moim życiu były wynikiem upicia się, lub w jakiś sposób związane były z piciem. Często też udawało mi się wyjść z każdej kabały bez strat. Ani razu nie trafiłem na izbę wytrzeźwień, choć nie raz wracałem w środku nocy całą szerokością ulicy. W dodatku w ostatnim roku zdarzało mi się prowadzić samochód po kielichu albo po kilku kielichach. Nie żebym nie mógł ustać na nogach, jednak sam fakt kierowania autem pod wpływem alkoholu wydaje mi się czymś obrzydliwym. Wstyd mi okropnie za to. Cieszę się jednocześnie, że nie popełniłem czegoś, czego miałbym żałować do końca życia.


piątek, 24 sierpnia 2012

Nagroda

Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem. 

Dwa dni temu rozmawiałem przez telefon z kolegą, ba – niegdysiejszym przyjacielem, z którym spędziłem wiele suto zakrapianych imprez. Na marginesie dodam, że były też inne substancje zmieniające świadomość. R. i ja dawno się nie widzieliśmy, pół roku, jak sądzę i przyznam się bez bicia, że nieco się za nim stęskniłem. Zanim jednak wysłałem pierwszego esemesa poprzedzającego rozmowę długo rozważałem, czy powinienem dzwonić. Dokonałem szybkiego rachunku i wyszło mi, że znamy się około dziewięć lat. Niemal zawsze nasze spotkania, zwykle w gronie innych przyjaciół, połączone były z konsumpcją napojów wyskokowych. Czujny jak pies myśliwski zacząłem analizować sytuację; czy oprócz upodobania do wódy coś jeszcze nas łączy? Na pewno. Czy jednak uda nam się rozmawiać bez alkoholu? Czy spotkanie będzie na tyle miłe jak poprzednimi razy? Tego nie wiem i się o tym nie dowiedziałem, choć R. zaproponował spotkanie. Korzystając z faktu, że po krótkiej rozmowie przerwanej względami technicznymi przeszliśmy na komunikację tekstową, esemes R., w którym snuł plany nasiadówy przy kielichu pozostawiłem bez odpowiedzi. Wstyd mi za to, bo mogłem choć odpowiedzieć, że w piątek nie, ale może za kilka dni. Mam wrażenie, że stchórzyłem. Dlaczego nie zadzwoniłem proponując, że może nie u niego w domu, tylko w jakiejś kawiarni w centrum. Pamiętam, że koniecznie chciałem mu to powiedzieć. Wiem, że pewnie uznałby to za wariactwo, jeden z wielu moich dziwnych pomysłów. Pewnie nawet zaprzeczałby, że mam powody do abstynencji, że wcale nie jestem alkoholikiem, bo to by znaczyło pewnie, że i On jest itd. Nawet jestem przekonany, że właśnie tak potoczyłaby się ta rozmowa. Potem przyznałby, że też zastanawia się, czy nie pije zbyt często, ale skąd tak naprawdę mam to wiedzieć, ostatnim razem widzieliśmy się w lutym, a mamy sierpień. Z resztą wypada chyba, abym opowiedział jak to było. Poznaliśmy się dzięki wspólnemu koledze i szybko staliśmy się nierozłączni. Przez kilka lat nasza paczka spotykała się głównie podczas weekendowych imprez. Scenariusz niema zawsze ten sam: starter w knajpie lub u R. w domu, potem klub, jeden albo drugi, czasem nawet i jeden, i drugi, i nawet trzeci, słowem – klabing. Na koniec after, też w domu u R. albo u mnie. I tak w kółko. Z czasem coś uległo zmianie, coraz rzadziej chodziliśmy na imprezy przedkładając domowe popijawy, a i te stały się wyjątkami. Pół roku temu miała miejsce próba wskrzeszenia atmosfery nieistniejącej już Piekarni. Szalona zabawa przyciągnęła dawnych bywalców klubu. Był oczywiście starter u R., na którym pojawiło się sporo dawno niewidzianych przeze mnie osób. Już wtedy starałem się ograniczyć picie i pojechałem z postanowieniem wypicia maksymalnie jednego drinka. Nie poradziłem sobie z dodawaniem, ale i tak zachowałem względną trzeźwość. Jako hamulec dodatkowo zadziałał fakt, że wziąłem auto. Gdy świtało, szczęśliwy wróciłem do domu. Miałem poczucie, że panuję nad uzależnieniem, którego istnienie przestałem negować. Jednak dwa dni później, kierując się zapewne chęcią nagrodzenia się za dyscyplinę i okazaną dojrzałość spiłem się tak strasznie, że następnego dnia przeleżałem skacowany niemal cały dzień. Pech chciał, że był to dzień urodzin D.

Wiedziałem o tym, nawet planowałem wyjście do restauracji, kwiaty, albo że przygotuję wspaniały obiad… Zamiast planować urodziny żony, wpadłem na pomysł, odwiedzenia kolegi, który mieszka w sąsiednim bloku. Właściwie to wprosiłem się do niego, gdy wracaliśmy z koncertu Misfits, który miał miejsce w Proximie. Jeszcze w barze wypiliśmy po cztery kolejki, choć i tym razem prowadziłem. Postanowienie nagrodzenia się za „picie kontrolowane” było tak silne, że taka drobnostka jak auto nie mogła stanąć mi na drodze. Do domu dojechaliśmy ostrożnie, ale bez żadnych kłopotów. Za to na miejscu, bez żadnych oporów zabraliśmy się za wypijanie zgromadzonych przez O. zapasów bimbru.

D. była wściekła, choć to chyba niewłaściwe określenie. Była zawiedziona i rozczarowana. Dotarło do niej z pełną jasnością, że ma męża pijaka. Tym samym dołączyłem do grona osób, na których nie mogła już polegać. Chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że mam problem i że muszę coś z tym zrobić. Nie był to jednak ostatni raz, kiedy tak strasznie się spiłem, ale to chyba historia na inne czytanie. Myślę sobie, że jednak warto będzie zadzwonić jutro do R. i pogadać, może nie obraził się, że go zignorowałem. W końcu nie pierwszy raz mi się to zdarzyło…



środa, 22 sierpnia 2012

Złość

Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem. 

Trochę przymuszony, poszedłem wczoraj na mityng. Nie żebym nie lubił tam chodzić, przeciwnie, zawsze jestem pokrzepiony, podbudowany i pewnie nawet szczęśliwy gdy pójdę na Poznańską, ale musiałem wybierać między wieczorem z rodziną, a mityngiem. Wiem, że to przecież dla dobra moich najbliższych, jednak szkoda mi opuszczać przedwieczorne kąpanie B. i kolację z żoną. Obie są najdroższymi mi istotami.

Wracając do tematu, byłem na mityngu, ucieszony, zdałem sobie sprawę, jak ważne jest zachowanie czujności nie tylko, gdy coś niedobrego dzieje się, ale także wtedy, gdy skrzydła rosną nam pod kurtką, a świat zdaje się być na wyciągnięcie ręki. 

Dziś wyjątkowy dzień. Zwykle mam takich dni dwa w tygodniu. To dni, gdy nie idę do pracy, w której zarabiam na życie, tylko poświęcam się swojemu powołaniu i idę do tej drugiej pracy, a właściwie pierwszej, bo to miejsce zajmuje w moim sercu w rubryce „zatrudnienie”. No więc w tej PIERWSZEJ pracy spędzam zwykle dwa dni w tygodniu. Praca ta ma dodatkową zaletę w postaci bardzo długich wakacji – tak się jakoś składa, że trwają od końca czerwca do początku października. Mamy teraz sierpień, a więc wakacje i korzystając z kanikuły mogę poświęcić ten czas rodzinie i oddawać bez reszty moim pasjom. I tak właśnie, mogąc radować się czasem tylko dla siebie, zacząłem dziś rozpamiętywać ostatnie spotkanie grupy. Nie wiem, czy dałem to po sobie poznać, ale zdenerwowałem się. Poczułem, że mi nie ufają, że nie wierzą we mnie, może nawet zazdrośni są, że tak świetnie (w moim mniemaniu) radzę sobie nie pijąc. Myśląc o tym, poczułem, jak wzbiera we mnie złość, szczególnie, że zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo się myliłem wierząc, że tak naprawdę jestem już uleczony. Nie na tyle, żebym mógł znowu chlać, rzecz jasna. Chodzi raczej o to, że już wszystko wiem, a ponieważ nie potrzebuję już alkoholu, nie ma takiej możliwości, żebym zapił. 


 Od tego wszystkiego krew zaczęła się we mnie byrzyć. Od dwóch tygodni nie palę i dobrze mi z tym, ale w tamtej chwili poczułem wielką chęć zapalić. Ze zdenerwowania. Żeby uspokoić rosnące napięcie. Ale szkoda trochę tych dwóch tygodni, pomyślałem, kierując myśli na niezbadany, nieco grząski teren, przez który prowadziła wąska ścieżka do domku babci. Należy nadmienić, że babcia była znaną w całej okolicy bimbrowniczką, a stałymi bywalcami jej meliny byli leśniczy, wilk i jeszcze kilka innych postaci z niemieckich bajek. Otrząsnąłem się i zrozumiałem, jak ważnym jest, abym nauczył się radzić sobie ze złością. Bywa, że niespodziewanie zaczyna mnie coś wkurzać, rozeźlony jestem z bardzo błahego powodu, albo kurwica, za przeproszeniem, atakuje mnie znienacka. Chciałem zadzwonić do jednego gościa z grupy. To facet, który potrafi być porywczy, jak mówi, ale ciężko pracuje nad sobą, aby nie pozabijać wszystkich na około. Chciałem zapytać, jak on radzi sobie w takich sytuacjach. Odczekałem chwilę. W końcu do nikogo nie zadzwoniłem. Może powinienem był. Prędzej czy później ten problem wróci. D. radzi mi, abym zaczął chodzić na jogę. Ma dużo racji, wiem o tym nie od dziś. Jogi ba-bu. Już widzę, jak drepczę z karimatą pod pachą. Nie mogę się za to doczekać, aż zamieszkamy w nowym domu, D. przywiezie od rodziców swoje pianino i zacznę uczyć się na nim grać. Wiem, że to trochę późno; Chopin w moim wieku był już jedną nogą w grobie, ale przecież nie planuję wyzywać Blechacza na pojedynek fortepianowy. Marzy mi się zagrać Węgierską Rapsodię Liszta. Ściągnąłem wczoraj z internetu nuty, zapis tego kawałka przypomina plan Bitwy o Anglię z naniesionymi wszystkimi trasami samolotów obu walczących stron, ale przecież poradzę sobie, skoro udało mi się poderwać D. nic nie jest niemożliwe.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Bez tytułu

Aby było jak należy:

Nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem.

Czuję się trochę skonfliktowany z częścią grupy i samą prowadzącą terapię. „Skonfliktowany” to określenie zdecydowanie na wyrost, bo nie ma mowy o konflikcie. Przyznałem, że nie mam czasu chodzić na mityngi, choć chciałbym, doceniam ich wagę i wiem jak mi pomagają, niemniej mam tak zapełniony program dnia, że moje uczestnictwo w spotkaniach AA odbywałoby się ze szkodą dla życia rodzinnego. Jakbym nie szkodził rodzinie pijąc. Chodzi o to, że trudno jest mi zrezygnować z co najmniej trzech godzin, trzeba wszak jakoś dotrzeć na dwugodzinny mityng i wrócić z niego, które spędzam z żoną i córeczką. A oni, że jakbym chciał, to czas bym na pewno znalazł i że się pewnie boję, albo po prostu nie chcę. Wiem, że mają rację i pójdę w tym tygodniu na Poznańską, taką mam przynajmniej nadzieję, jednak czuję, że decyduję się na to przymuszony. Przecież nie cierpię, gdy ktoś mnie do czegoś nakłania, przymusza wbrew mojej woli, bierze na litość, a najbardziej, gdy wywołuje u mnie poczucie winy. Tego nienawidzę. Ludziom łatwo wywołać u mnie żal do siebie samego, wyrzuty sumienia. O choćby teraz; ja piszę swój blog, a D. wchodzi do pokoju i w tonie rozczarowania mówi; „Ej, a co z łóżkiem?”. Potem dodaje: „Jak zrobisz łóżko, to Ci coś powiem.” No dobra, zaraz zrobię to łóżko, bo lubię takie tajemnice. Dobranoc.



Sprostowanie

Zapomniałem o jednej, bardzo istotnej rzeczy, w dodatku błąd ten popełniłem rozpoczynając wszystkie wpisy, oprócz pierwszego:

nazywam się ██████ i jestem alkoholikiem. Imię do wiadomości redakcji.

Niby zwykłe przeoczenie, ale to proste wyznanie przypominać mi będzie kim jestem i gdzie się znajduję. Trochę jak w tytule obrazu Paula Gauguina "Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?". Tylko świadomy swoich błędów jestem w stanie skutecznie im zapobiegać w przyszłości.

Wczoraj żona przeczytała mój blog. Nie żebym nie mówił jej o swoich uczuciach, a te wpisy są jedynym sposobem komunikowania się z D. w kwestiach mojego picia-niepicia. Była ciekawa, co takiego wysmażyłem, a ja strasznie byłem spragniony jej opinii na temat mojego stylu literackiego. Faulknera nie da się oczywiście podrobić, Mendozy też nie. W ogóle ostatnio brakowało mi książek, przez ostatnie półtora roku nie udało mi się przeczytać ani jednej, a przecież nie mogę żyć bez nich.

No więc D. po przeczytaniu bloga, z głową wtuloną już w poduszkę, na wpół przez sen powiedziała, że robię z siebie BOHATERA. Oczywiście, że tak. Bo właśnie TAK SIĘ CZUJĘ. W moich oczach jestem Jackiem Soplicą, przeobrażonym w Robaka. Jestem Wokulskim, bohaterem pozytywistycznej powieści. Raz jeszcze podkreślam, że nie oczekuję, aby inni widzieli we mnie herosa. Jestem alkoholikiem. Niepijącym alkoholikiem. Jeśli i ty miałeś/miałaś podobny problem, wiesz o czym mówię. To, że nie piję daje mi olbrzymią siłę i motywację do trzeźwienia. Tą siłą gotów jestem dzielić się z innymi.

I jeszcze jedno przemyślenie; w starożytnym Rzymie, dowódca zwycięskich wojsk odbywał tryumf jadąc ulicami wiecznego miasta. Tłumy wiwatowały na jego cześć. Obok dumnego zwycięzcy, stał na rydwanie bezimienny niewolnik, którego szept przebijał się przez owacje tłumu. "Jesteś tylko człowiekiem. Jesteś tylko człowiekiem." szeptał do ucha człowieka, który za chwilę mógł uwierzyć, że jest bogiem.